Długo by tłumaczyć. Zaczęło się jakieś trzy lata temu, gdy prof. Sz. został aresztowany pod zarzutem kradzieży starodruków i inkunabułów z jednej z bibliotek klasztornych. Zrobiło mi się nijako, bo bardzo prof. Sz. lubiłam, ceniłam jako wykładowcę i niebanalnego naukowca. Cholernie niebanalnego, jak się okazało.
Jakiś czas później w magazynie w piwnicach Instytutu zagnieździł się szczur, gryzoń, żeby nie było wątpliwości. Gdy dowiedział się o tym mój promotor, pobiegł do pań sprzątających z paniką niemalże: "Szczur, szczur! Szczur w Instytucie! Trzeba ratować książki!". Po niedawnej aferze z profesorem Sz. panie sprzątające dość sceptycznie podeszły do tego apelu.
A wczoraj dowiedziałam się od Pani Marylki (instytutowej Burdelmamy, jak nazywa ją mój ulubiony cynik), że "ktoś zjadł jej herbatniki!". Po południu udało się zidentyfikować winnego. Mamy nowego szczura. Na razie (stan na dzień 26 sierpnia a.D. 2008, godziny poranne) ustaliliśmy, że "jeszcze nie zjada dokumentacji", ale obława trwa. Zostałam wyznaczona do humanitarnego pozbycia się gryzonia, kiedy zostanie schwytany.
Proszę nie pytać, czy ja pracuję w poważnej instytucji państwowej.
Szczur
Autor:
Anna Radzikowska
wtorek, 26 sierpnia 2008
4 komentarze:
Chyba wolę nie wiedzieć, jak pozbywa się szczura HUMANITARNIE... Dasz kocie?
Nie. Kota nie ma z tym nic wspólnego, bo jak ją znam, to by najpierw zamęczyła na śmierć, a potem oblizała się. Jeżeli gryzoń zostanie złapany, a pułapka nie obetnie mu głowy (cytat z Dyrektora), będę miała za zadanie wziąć go na ręce, pogłaskać uspokajająco i wypuścić. Zatwierdzono komisyjnie.
Błeee... Książkożercy nie tknęłabym.
To jak kanibalizm!
Prześlij komentarz