Baseball i parasolka

Nie powiem, jakiego radia słuchaliśmy, gdy po raz pierwszy wpadła mi w ucho TA piosenka. Ale zaskoczenie było ogromne!
- Kochanie, słyszysz to? - szturcham Lubego.
- Co?
- No TO!
- Ale co?
- Ela, ela, y, y, y... - staram się naśladować postękiwanie Rihanny.
Pobiegłam w te pędy do serwerowni, aby sprawdzić, kto to śpiewa. Zespół nazywa się The Baseballs i zauroczył mnie. Nie tylko tym, że wreszcie ktoś zaśpiewał "Parasolkę" normalnie, a nie pijak zza budki, ale też stylizacją na Elvisa (kocham Elvisa, Elvis żyje!).
A Michaś Bubel też zaczynał od coverów.

Coś się kończy...

Oficjalnie jestem zatrudniona do końca grudnia, ale mam jeszcze trochę zaległego urlopu, więc tak się złożyło, że po raz ostatni byłam dziś w mojej ukochanej pracy. Dzień okropny - jakby chciał mi udowodnić, że podejmuję słuszną decyzję, zwijając manatki i zbierając dupę w troki. Posprzątałam biurko, przekazałam obowiązki biednej Agnieszce, popłakałam się trochę z Renią, która tak bardzo starała się zachować dzielną minę (dlatego jeszcze i podokuczała - dla zdrowia psychicznego).
Smutne jest to, że 90% ludzi sprawia, że chce się pracować i wstawać co rano, ale to właśnie te nieszczęsne 10% wysysa z nas resztki życiowych sił i pozbawia nadziei.
Ci, którym jestem wdzięczna, wiedzą o tym. Dzięki nim te dwa lata nie były aż takie okropne. Dziękuję, Kochani.

Co by tu wymyślić?

Przeprowadziliśmy wczoraj z Dyrektorem dyskusję na zasadzie" Ja mam rację - nieprawda, bo ja mam rację" dotyczącą tego, czy student myśli.
- Oczywiście, że nie - stwierdziłam bezdyskusyjnym tonem.
- A tam - machnął ręką Dyrektor.
- Gdzie Pan żyje? Nasi studenci? Myślą? - podałam zaświadczenie niezrażonemu całą sytuacją chłopakowi, który zaczął zbierać się do wyjścia.
- Proszę pana! - zawołał za nim Dyrektor. Nic. - Hej, proszę pana! - chłopak odwrócił się w progu. - Myśli pan?
- Co? - wybełkotał tamten.
- Myśli pan? - powtórzył cierpliwie Dyrektor.
Delikwent zastanawiał się dłuższą chwilę, którą wypełniło niecierpliwe oczekiwanie kilku osób zgromadzonych w pokoju.
- Ale o czym? - wydukał wreszcie.
- No dobrze, miała pani rację - westchnął Dyrektor ciężko.

Będzie duzo zdjęć

Pod wpływem Nigry postanowiłam zamieścić zdjęcia mojego Kociejstwa. Będą zdjęcia, duuużo zdjęć...

Piołuno był bardzo niezadowolony, że traktuję jego ślepka fleszem. Ale co zrobić, gdy w pokoju ciemno?


Dumna Kluska, pozuje do własnego popiersia


I skutecznie przeszkadza w pieczeniu. Zasnęła na przepisach!


Daje się natomiast przekupić tylko śmietanką. Podła bestyja...


...ale swoje obowiązki zna. Od czasu do czasu lubię ją potarmosić.


Rzadko udaje się sfotografować Kociejstwo razem. Ale bywa, że odnoszę sukces.

Eksperyment

Czytałam dziś w archiwalnym "Przekroju" artykuł o mitach, w które wciąż wierzymy.

Mit 48. brzmiał: Posmarowana kromka spada masłem do dołu, a kot na cztery łapy.
Z eksperymentu przeprowadzonego przez twórców programu „Pogromcy mitów” wynika, że w wypadku kromki wszystko zależy od tego, jak smarujemy – im bardziej energiczne ruchy nożem wykonujemy, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że kromka spadnie masłem do dołu. Sytuacja z kotem też wydaje się prosta. Gdy zwierzę zaczyna upadać, jego oczy i aparat przedsionkowy w uchu środkowym przekazują do mózgu dane o położeniu głowy względem ziemi, więc kot próbuje odpowiednio się obrócić. A co się stanie, gdy do grzbietu kota przymocujemy kromkę posmarowaną masłem? Z logicznego punktu widzenia na początku kot będzie spadał na cztery łapy, jednak w miarę zbliżania się do ziemi zacznie się obracać, aby kromka spadła stroną posmarowaną masłem. Następnie kot zacznie się obracać w nieskończoność, utrzymując się na małej wysokości- ponad powierzchnią ziemi. Obracanie się kota musiałoby jednak być spowodowane wpływami sił grawitacji, w przeciwnym wypadku naruszałoby to zasadę zachowania energii. Jeśli chcesz zobaczyć, jak taki eksperyment wygląda, wpisz w YouTube hasło „Buttered Cat Paradox”.

Napisałam o tym Lubemu, który poszedł przeprowadzić rzeczony eksperyment na naszych kotach. Zgaduję, że na Werbenie, bo tylko ona daje się złapać. Przybiera wtedy pozę "sflaczały kot". Po dłuższej chwili otrzymałam informację: "Kot posmarowany masłem zaczyna się wylizywać. Oto wynik eksperymentu."

Red alert

- Alert! Alert! - pokrzykuje Luby w asyście pomiaukujących kotów - Mięsko na stanowisku! Alert!
Westchnęłam ciężko, rozdzielając sprawiedliwie kawałki ścierwa do dwóch misek. Koty szalały.
- A co to w ogóle jest? - zainteresował się Luby - Wątróbka?
- Polędwica - pokręciłam głową - Od cioci (znaczy od Niej - dostałam dzień wcześniej z zastrzeżeniem "dla kotów").
- Polędwica! - oburzył się wyraźnie - Tego tylko brakowało, żeby polędwicę zaczęły dostawać? Co będzie następne? Alert! Alert! Mięso w misce! - zaśmiał się - Teraz ciocia ma przechlapane. Jak nie przyjdzie z polędwicą, to rozerwą jej gardło.

Smakowało. Wzgardziły nawet swoja karmą, tak smakowało. Ciociu, strzeż się!

Jak się dostarcza paczki w Polsce

Dziś otrzymałam z Bra, czyli stolicy światowego Slow Foodu, kopertę z legitymacjami członkowskimi i czasopismem "powitalnym". Ok, ja wiem, że koperta była zaadresowana zwrotnie na Włochy, a nadana w Szwajcarii, ale czy my, na litość Boską, nadal żyjemy w zatęchłym komunizmie, że poczta mi paczki otwiera?! Czy ja tam kokę przemycam? Czy szmal brudny piorę? Czy co, do jasnej ciasnej?! Koperta była otwarta, z wierzchu roztargana, od dołu rozcięta nożyczkami (to było ewidentne). Jakimś cudem nie wypadły z niej te legitymacje listonoszowi, bo ja omal ich nie zgubiłam na przystanku!
Bardzo, bardzo mnie to zbulwersowało.
Najgorsze jest to, że nawet nie wiem, gdzie reklamować takie kurestwo, bo nie wiem, na jakim etapie rozpieprzono moją przesyłkę. Cholera.