Ostatnie półtora tygodnia obfitowało w taką ilość kurestwa, grabieży i sromoty (cytując Annę Brzezińską), że kompletnie opadł ze mnie jakikolwiek zapał do pisania, nie mówiąc już o wenie twórczej. Miałam ochotę pójść spać i obudzić się w styczniu, gdy wszystko będzie gotowe, piękne, wypucowane i pozbawione tych wszystkich doprowadzających mnie do szewskiej pasji ludzi. Po prostu niech się odwalą ode mnie i już!
Jak coś chce się robić, to nigdy nie będzie łatwo. Nigdy nie wygram w totka, nie przyjedzie do mnie wujek z Ameryki i nie sypnie dolarami. Nie, muszę się zacharować do upadłego, a dopiero wtedy będę mogła się cieszyć tym, na co zapracowałam. A na dodatek będę jeszcze musiała znaleźć siłę, żeby się cieszyć.
Dlatego w obecnej sytuacji pokazuję całemu światu soczysty środkowy palec, nucąc pod nosem: "Always look on the brigth side of life".
Ciągle pod górkę
Kuchenne marudzenie
Wróciłam wczoraj zbyt późno do Krakowa, więc mogłam tylko pomarzyć o jedzeniu dla kotów. A Koty też mogły tylko pomarzyć o swojej suchej karmie. W ramach "karmienia o 18" pokruszyłam im pasztecik do miski. Werbena spojrzała na mnie wzrokiem: "O, matko, ale mi się durny Kleks trafił!". Piołun wyciamkał mięso, a ciasto, w które był owinięty pasztecik, wrzucił do miski z wodą, zaś resztę dokumentnie rozpirzył po całej kuchni. Dziś rano miałam gratisowe zamiatanie.
W ramach porannych popiskiwań i miauczenia dostały po plasterku pieczeni z kurczaka! Sadystyczne bydlęta-szantażyści. A potem jeszcze Luby dał im po plasterku szynki. Myślałam, że Werbena stanie na głowie. Masakra.
Czytanie dla debili
Myślałam, że padnę. Zobaczyłam dziś reklamę audiobooka, która brzmiała tak: "Ja słucham z dzieckiem, a Ty? Książki dla dzieci. Do słuchania."
W tym momencie przychodzi mi do głowy kilka pytań:
- czy rodzic jest debilem na tyle, że nie umie czytać, ale jest na tyle inteligentny, żeby dzieciaka spłodzić?
- czy rodzic jest na tyle leniwy, że nie chce się mu czytać?
- czy rodzic ma wrodzone upośledzenie obu rąk, że nie może książki podnieść? (ja rozumiem, że są osoby niepełnosprawne, ale one często lepiej sobie w życiu radzą, niż niektórzy tzw. normalni; a lasencja na zdjęciu wyglądała na pełnosprawną - przynajmniej cieleśnie)
Może ta reklama wkurzyła mnie nieproporcjonalnie do treści, ale nie znoszę podszywania się - a w tym przypadku chamskiej kalki - pod znane, głośne i dobre kampanie społeczne. Czytaj dzieciom, rodzicu, dawaj, cholera jasna, przykład! A jeśli sam jesteś analfabetą, to się wpierw naucz!
Drużyna G
Gramy sobie w WoWa z Lubym, penetrujemy instancje, prowadzimy niemalże epickie bitwy i...
- Widzisz? - pokazuje mi Luby - To są te stworki, które wygoniły gobliny.
- Eeee... gobliny?
- No, gremliny!
- Gremliny?!
- Gnomy! - przypomniał sobie Luby - Gremliny, gobliny, gnomy... Drużyna G.
Łóżkowa geografia
Kota na parapecie. Czai się na Piołuna. Kot w nogach łózka - czai się na Werbenę. A pomiędzy nimi - my, bezustannie narażeni na ich atak.
- Jesteśmy jak ziemia niczyja - stwierdza Luby.
- Albo jak Alzacja i Lotaryngia. Ja jestem Alzacja, a Ty Lotaryngia - śmieję się.
- Aha. Linia Magikota.
Rodzina Księcia Ciemności
Od jakiegoś czasu TEN filmik inspiruje nas do różnych mniej czy bardziej głupich komentarzy, ewentualnie nawiązywania do niego we wszystkim, co robimy.
Dzisiaj z rana podeszłam do Lubego ubrana już, ale z postawionym wysoko kołnierzem:
- Patrz, jestem księżniczką wampirów!
- Nie, kochanie, jesteś prince of darkness!
- Princess - poprawiam Go, doprowadzając odzienie do porządku.
- Może być princess...
- O, wiem! Stworzę sobie postać, która będzie żoną Arthasa. Ale będzie czad!
- Stwórz sobie postać, która będzie teściową Arthasa - śmieje się Luby.
- Teściową?
- Aha. Mother-in-law. Of darkness.
Do kina czy na film?
- Kochanie, trzeba kupić kotom żwirek. Albo nie, jak będę wracała z pracy, to kupię.
- Przecież nie będziesz sama dźwigać. Umówimy się w Tesco - Luby spojrzał na mnie znacząco - Wiesz... umówimy się. Na cebulaczka.
- Ale na cebulaczka czy do Tesco? - parsknęłam.
*****
Tell me why I don't like Mondays. Mamroczę, jęczę, sapię, ale do pracy trzeba iść.
- Czas podnieść zwłoki - oznajmiłam.
- No i to się nazywa nekromancja! - oznajmił Luby uradowany.