O! O! Mam kolejny "KahvaTheowy" cytat:
"A ciasta robię sama. Dlaczego? Bo uwielbiam robić ciasta. Poza tym wiem, że nikt nie zrobi tak dobrych ciast jak ja."
To moja odpowiedź dla wszystkich marud i czarnych proroków, którzy twierdzą, że robienie samodzielnie tego, co w menu, jest głupotą. Jak widać - motyw sprawdzony i działa, bo to cytat za panią Marią Domańską , która założyła kawiarnię "Weranda" przy udziale projektu "SpełniONA w biznesie".
A najzabawniejszy jest dzieciak, który na filmie promocyjnym powtarza, że "najbardziej lubi przychodzić tu na desery."
"Ludzie zawsze to doceniają: pasję w drugim człowieku i włożone w to serce."
Dlaczego będę piekła sama?
Dowcip gramatyczny
Przypomniał mi się jeszcze jeden żart, który opowiadała nam na zajęciach z paleografii pani profesor Bożena Wyrozumska - kochana psorka, przemiła, ale wymagająca. Mistrzyni anegdot i ripost. Paleografia z nią to było nie tylko żmudne odczytywanie średniowiecznych "robaczków", ale też opowieści o dawniejszej i tej nowszej historii Krakowa i Polski - niezapomniane zajęcia.
Dowcip pojawił się przy okazji opieprzu, jaki ktoś z nas dostał za niepamiętanie, że niektóre rzeczowniki rodzaju męskiego odmieniają się w deklinacji żeńskiej (na przykład "papa" i "nauta"):
Z pewnej parafii wybiera się pielgrzymka do Watykanu. W programie przewidziana była też audiencja, więc zaradny proboszcz postanowił załatwić przy okazji jakieś papieskie pozwolenie dla parafii. Daje przedstawicielom odpowiednie papiery i tłumaczy:
- Po powitaniu podejdziecie do papieża i powiecie mu: "Benedicissimus Papa!", On wam coś odpowie po łacinie, a wy wtedy: "Habemus documentum" i podsuniecie do podpisania.
Pielgrzymka przebiegła zgodnie z planem, aż przyszło do audiencji. Przedstawiciel parafii podchodzi do papieża, ale że ze szkoły pamiętał coś o tym, iż końcówki mają się zgadzać, więc mówi:
- Benedicissima Papa!
Papież zaskoczony wykrztusił:
- Non sum femina!
Na co parafianin z szerokim uśmiechem:
- Habemus documentum!
Alogicznie
- Kochanie, a ja zrobiłbym jutro kurczaka nadziewanego.
- A nadziewanego czym?
- Pomidorami, suszonymi.
- A mamy suszone pomidory? - zdziwiłam się.
- Tak, w puszce.
- Ale w puszce, to mokre.
- Kurdę, to samo wczoraj koleżance tłumaczyłem. Ja jej mówię, że mam suszone pomidory w oleju, a ona mi na to: "To suszone, czy w oleju?". W dupie, cholera! - irytuje się Luby.
- Bo, widzisz, my, kobiety, jesteśmy logiczne.
- Alogiczne. "A" zapomniałaś dodać przed tym.
Zniszczenie
Wczoraj piekłam. Baranki, króliczki, szarlotki i tarty czekoladowe (w liczbie mnogiej, bo dla trzech rodzin). Wieczorem ostał się już tylko jeden baranek, jedna szarlotka i ciasteczka pomarańczowe, które to pyszności zostawiłam nieopatrznie na stole. Rankiem, poza tym, że pranie było porozwalane po całym pokoju (jedna skarpetka nawet znalazła się na stole), to jeszcze baranek miał obgryzione poślady i jedną nogę, a cukier puder oznakował mój świeżo uprany bordowy obrus.
Piołun siedział pod fotelem i udawał, że go nie ma, a Werbena...
Werbena, jak to Werbena, była słodka.
I jak ja się mam na nie złościć?
Rzecz o krowach i yeti
Ku pamięci, bo pewnie zapomnę niedługo.
ŻARCIK Z KROWĄ W TLE
Spotykają się dwie krowy przed ubojnią. Jedna pyta drugiej:
- Pierwszy raz tutaj?
- Nie, k..., drugi!
ŻARCIK Z YETI W TLE
Mały Yeti pyta Tatę Yeti:
- Tato, tato, a gdzie są ci wszyscy ludzie?
- Skończyli się, jedz dżem.
O, matko z córką!
Na ostatnim spotkaniu z prawnikiem - doradcą padło pytanie:
- A jak przyjdzie pięciu studentów i każdy usiądzie przy osobnym stoliku?
- Hmm... no to nic, przecież ich nie wyrzucę.
- Ale zajmą dużo miejsca, nie generując zysków.
- Oj...ludzie dadzą sobie radę. Poza tym ma to funkcję integrującą. Zdecydowanie za mało się do siebie uśmiechamy.
- A jeśli przyjdzie ich tak wielu, że nie zmieszczą się w kawiarni, to co pani zrobi?
- Jak to co? Otworzę drugą kawiarnię!
"KahvaThea" Matka i "Malutkie Kawki i Herbatki" Córki. Jeszcze będzie sieć w Krakowie.
Nieproekologicznie
Kończę czytać tramwajową* Ginę Mallet. Ostatni rozdział traktuje o rybach. I znalazłam tam cudownie antyekologiczny cytat (nie, żebym miała coś przeciw drzewom i wielorybom, ale ruch Zielonych uważam za mocno zeschizowany - pewnie normalni ludzie to samo mówią o Slow Food).
"Ekolodzy dopytują się, dlaczego krewetek nie hoduje się na lądzie. To mówią ludzie, którym nie zależy na smaku tego, co jedzą. Krewetki z Ekwadoru są tak wyśmienite właśnie dlatego, że hoduje się je w morzu; przeniesione do zamkniętych zbiorników na lądzie, straciłyby swój smak. Nie widzę sensu hodowania krewetek bez smaku. Czasem myślę, że ekolodzy, zamiast zrozumieć, dlaczego ludzie tak bronią prawa do jedzenia smacznej żywności, koncentrują się na szerzeniu w nich poczucia winy, że ich gusta są nie proekologiczne."
To mi nasuwa nową refleksję. Czy Slow Food musi iść na noże z Green Peace?
*tramwajowa książka - lektura czytana w całości lub niemal w całości w tramwaju/autobusie w drodze do i z pracy