Na szkoleniu prowadzący podaje nam adres strony:
- Polska - dyktuje - kropka, pro.
- Jak? - pada pytanie z sali.
- Polska, kropka, pro.
- Pro?
- Tak, pro. Jak "profesjonaliści".
- Chyba nie trafiłaś w obszar skojarzeń.
- A bo ja jestem prorodzinna.
Pro
Baletnica
Piołun schował się za łóżkiem, a Werbenia oddała wieczornej toalecie. Mlaszcze, liże się, wygina. Przyglądam się jej z zaciekawieniem:
- Wygląda jak rosyjska baletnica.
- Hmmm? - Luby odrywa się od kontemplacji Koty.
- Taka wygimnastykowana, patrz. Jak baletnica - pokazuję Kicię zakładającą sobie nogę za łepek.
- I z takim samym pietyzmem liżąca sobie nogi?
Śniadanie po białorusku
Luby sam zrobił sobie kawkę. Po studencku, w kubku. Nalał do niej zimnego mleka (profan!) i zasiadł przed tacą z szarlotką.
- Może podać ci talerzyk, kochanie? - pytam grzecznie.
- A po co? - szczerzy się Luby, zerkając głodnym wzrokiem na wielką tacę - Przecież mam.
Biuro matrymonialne dla kotów
- Hmm... a najzabawniej będzie, jeśli nie przejdziemy testu dobrego mieszkania - śmieje się Luby.
- Ja myślę, że prędzej Werbena może nie przejść testu - wodzę wzrokiem za naszym potworzątkiem.
- Jak w biurze matrymonialnym. Myślisz, że spodoba się jej łysy facet?
Tak naprawdę Arni vel Piołun vel Nehemiasz nie jest łysy tylko ma troszku chorą skórę. Ale wyleczymy go i będzie drugim najśliczniejszym kotem na świecie.
Uber żonka
- Nie krzycz na mnie - mówi Luby z miną zbolałego bebocka - Wszyscy ludzie dziś na mnie krzyczą.
- Ale ja nie jestem człowiekiem. Ja jestem żoną - uświadamiam Go.
- No dobrze. Ludzie i żona. I jak to brzmi?
- Nijak. Ja po prostu jestem nadczłowiekiem.
"Musisz to kochać, szefie"
Zrobiłam wczoraj porządki w moich zakładkach na roboczym komputerze. "KahvaThea", "Fundusze unijne", "Gastronomia", "Przepisy". Zaczynam zapominać o tym, co niby wciąż jest aktualne w moim życiu zawodowym, a żyję już przyszłością. Czytam namiętnie wszystkie blogi, artykuły i książki, które dostarczają mi nowych inspiracji. Godzinami zadręczam otoczenie opowieściami o historii bakterii w wołowinie i deprecjacji jajek. W kuchni eksperymentuję nawet z potencjalnie zabójczymi mieszankami (miód + mandarynki = szok anafilaktyczny), w tak zwanym międzyczasie chodzę do pracy, która już teraz wydaje mi się odległa i taka "niemoja".
Ona wita nową kategorię wpisów - "remont". Ja witam kategorię: "moje marzenie się spełnia, więc wszyscy mają o tym wiedzieć". Może kiedyś będę na tyle zmęczona, że nie zdzierżę kolejnej książki o jedzeniu, ale wierzę, że to mnie jednak nie dopadnie.
Dziś natknęłam się na artykuł Marty Gessler w "Wysokich obcasach" z 3 sierpnia 2008 roku. Pozwolę sobie zacytować fragment:
"Dobra restauracja to ta, gdzie czuć serce właściciela. Jest coś wyjątkowego w tym kulinarnym teatrze. Restauracja to codzienny spektakl. Scena, światło, rekwizyty, aktorzy i oklaski. Nie ma prób. Musisz grać. Ludzie czekają. W nocy, kiedy opustoszeje scena, zbierasz obrusy. Gasisz świece. Siadasz na tarasie i czujesz zapach powietrza. Nieważne, jaki to był sorbet. Musisz to kochać, szefie."
Wieczorem zgasić świece, usiąść w kawiarnianym ogródku. Już to kocham.
Nieśmiesznie
Od wielu lat bojkotuję tradycję zwaną Prima Aprilis. Zazwyczaj żarty robione innym są mało śmieszne, przeważnie żenujące i głupie ( w stylu: "O, gratulacje, dostałaś piątkę!"; a potem się okazuje, że się oblało egzamin), a jedyną osobą, która się śmieje, jest autor. Dlatego ostrzegam wszystkich znajomych, żeby sobie odpuścili te zabawy ze mną. Tego dnia wybitnie nie mam poczucia humoru.
Wczoraj rozmawiałyśmy z Nią na temat Prima Aprilis - przy okazji wyniknął temat śmierci Jana Pawła II. Dobrze, że nie umarł 1 kwietnia - to byłby jakiś dziwaczny żart losu.
Druga sprawa, która mnie w jakiś sposób poruszyła i zdziwiła nad wyraz to wpis w TYM blogu, który podczytuję od czasu do czasu za Jej pośrednictwem. Widać moje poczucie humoru przekopyrtnęło się (jak to mawiają u nas w górach) na zakręcie albo pomachało mi na do widzenia. Albo ja już zwyczajnie nie to pokolenie mentalne jestem. Nie dość, że zapiska wyjątkowo "emo", to jeszcze taka... niesmaczna? Nie życząc źle dziewczynie - oby kiedyś nie musiała zrobić "ctrl+c", "ctrl+v".