Przegląd anatomiczny

Kota biega za kawałkiem jakiejś zaślepki wyrwanej z któregoś z mebli. Ona i On rzucają jej tę zaślepkę, Werbena atakuje, biega, aportuje z bardzo zadowolonym wyrazem pyszczka. Choć pewnie wolałaby coś większego.
- Powinniście rzucić jej coś okrągłego - proponuje Luby.
- Nie mam nic okrągłego poza jajnikiem - martwi się Ona.
- To rzuć jej jajnik - Luby nie ma w tym względzie zbyt wielkich wątpliwości.
- Tak, jajnik. A potem co? Kawałek nerki?!

Wyżej sra, niż... ma.

Pod moim wpływem i naciskiem wybraliśmy się w końcu do Pijalni Czekolady firmy (ą-ę-gówno-przez-"rz") Wedel na krakowskim Rynku. Wystrój bardzo ładny, zaprzeczyć nie można, chociaż ściany brudne jak w kościele. Zasiedliśmy pod (jak to Luby określił) "Walerym Sławkiem", czekając na Panią-Z-Obsługi. Pani owa, ubrana w czekoladową sukienkę okraszoną kremowymi koronkami przybyła bardzo szybko (in plus) i obdarzyła nas menu. Khem... jakby to powiedzieć...ceny jak na Rynku, o! Wybraliśmy coś z dolnego przedziału: dla mnie czekolada mleczna z orzechami, dla Niej czekolada klasyczna pomarańczowa, dla Lubego czekolada klasyczna z chili i sernik.
Dostaliśmy:
- ja: lurę o konsystencji kakako (tak słodką, że nawet ja przyzwyczajona do słodkości, dostawałam szczękościsku) posypaną czymś mielonym, co mogło być orzechami, ale nie musialo, bo "czekolada" miała posmak migdałowy;
- Ona: coś gęstszego o kwaśnym posmaku posypane skórką pomarańczową kandyzowaną; na dnie znalazła jakąś papkę o konsystencji galaretki, co kolegialnie określiłyśmy mianem: "oooo-brzy-dli-weeee";
- Luby: coś gętszego o smaku kwaśnej czekolady posypane czymś, co przy duuuużej dozie dobrej woli mogło być uznane za chili, do tego buteleczkę Tabasco (sic!); sernik był suchy i zawierał śladowe ilości suchego sera, a wisienki były chyba tylko po to, by (cytuję za Nią) "udawać, że to ciasto ma jakiś smak".
Wyszliśmy szybko, zniesmaczeni i pozostawiając za sobą część nieskonsumowanych dziwactw oraz nieproporcjonalnie dużą ilość pieniędzy.
Ona stwierdziła z niejakim oporem, że można by im dać szansę za pół roku, bo może mieli zły dzień. Ja rozumiem, że można, za przeproszeniem, spieprzyć jedną czekoladę, ale trzy i sernik?!
Pijalnię Czekolady Ą-Ę Wedla należy omijać szerokim łukiem.

Mały, ale zajadły pies

Jedziemy z rodzicielem przez piękny, zanurzony w bieli las rosnący na terenie miejscowości o mało oryginalnej nazwie - Las, drogą białą jak śnieg (pewnie dlatego, że cały czas padał śnieg) tudzież mleko. Wtem z zaspy wypada wściekły potwór, bydlę wielkości połowy beagle'a i cwałuje na nas z majtającymi uszami. Rodziciel jadący z niewyobrażalną dla niego prędkością 40 km/h mamrocze pod nosem:
- Uciekaj, bo cię rozjadę.
Potwór, nic sobie nie robiąc z gróźb rodziciela bądź też nie będąc ich świadomym, cwałuje nadal (przypuszczam, że biegł szybciej niż jechaliśmy, więc razem osiągaliśmy już ponad 80 km/h). Nie zatrzymał się, nie uciekł, a rodziciel nie spełnił pogróżki, lecz wielkim łukiem wyminął bydlątko.
Jakbym Werbenę widziała. Tylko że ona pewnie wgryzłaby się w oponę.

Szumi jawor, szumi i szumią ogórki

- O, chyba nam ogórki spleśniały w słoiku - zauważył Luby.
- Wiem.
- Fajnie.
- Czemu fajnie?
- Będziemy mieć ogórki pleśniowe.

*****

- Oj... - chichocze Ona - tak mi w głowie szumi. Jak to się mówi na to?
- Że jesteś szumowiną - podpowiadam uprzejmie.

WIG czy VIP?

Siedzi mi od wczoraj w głowie niezbyt mądra piosenka, której nie cierpię, ale siedzi mi w głowie uparcie dość i na razie nic z tym nie zrobię, dopóki nie znajdę innej. Piosenka jest o tym, że każdy może być VIP-em, bo każdy jest ważny dla kogoś... blablabla.
Wersja Lubego:
WIG - wery important gówniak.
WIG 20 - 20 wery important gówniaków.
To piosenka Werbeny, nie nasza, żeby nie było wątpliwości.

W kwestiach rasowych

Ona chce mieć pieska. Beagle'a. On ma wątpliwości.
- To może coś małego? Yorka? - próbuje Ona.
- York? - dziwi się Luby - Toż z tego ani jednej sajgonki nie będzie.
- Chow-chow? - zagaduję ja - To już może ze dwie sajgonki.
- Ale beagle'a można tak zapaść - próbuje dalej Ona.
- Chyba raczej pies będzie miał zapaść - mruknął Luby - Mówię wam, weźcie sobie kota.
- Nie możemy, jesteśmy uczuleni na koty. Poza tym, ja chciałam pieska.
- No to nazwiecie kota Burek - Luby obdarzył Werbenę długim spojrzeniem.

Problem hamletowski

Werbena dostała porannego wścieku. W sumie żadna nowość, ale wtedy budzą się we mnie instynkty drapieżcy-przytulaka. Mam ochotę ją złapać i męczyć, i tarmosić, i męczyć, i męczyć... Zbierałam pranie, a Kota w tym czasie biegała jak szalona, uprawiała mieszkaniowy parkour i była... jak to Kota. Popatrzyłam na nią z powoli ulatniającym się spokojem:
- Wiesz co, kocie, czasami mam ochotę cię udusić.
- Serio? - zdziwił się Luby - A ja myślałem, że czasami masz ochotę jej nie udusić.