Badania interdyscyplinarne

Prowadzimy z Lubym ożywioną dyskusję na temat świętego Stanisława (jak zwykle zresztą, gdy musimy na mszy wysłuchać litanii o "przenajświętszym bezbożnie zamordowanym przez okrutnych siepaczy męczenniku"). Doszliśmy do wniosku, że Kościół chyba nie zapoznał się z najnowszymi badaniami Mariana Plezi, potem ja pokrótce przedstawiłam Lubemu moje wnioski dotyczące wizji śmierci biskupa u Galla i Kadłubka, pogadaliśmy o ideologii "zrastających się ciał" (Gniezno miało Wojciecha, więc Kraków chciał mieć Stanisława), a ja na koniec rzuciłam:
- No wiesz, gdyby ci nagle całe wojsko zrejterowało z pola bitwy, bo ich żony puszczały się ze służbą, to też byś się wkurzył.
- Pewnie, że bym się wkurzył. Żony na pal. Na przykład w takim "Warhammerze"... jakby mi moje dwa wypieszczone oddziały marines uciekły, bo ich żony...hmm...oni nie mają żon - zmartwił się Luby.
- Załóżmy więc hipotetyczną sytuację, że mają.
- Więc gdyby moje oddziały zdezerterowały, bo ich żony puszczały się na boku z Eldarami, to bym ich wystrzelał. I żony bym wystrzelał. I Eldarów.
- Nie, wczytałbyś grę.
- Tak. A potem bym wystrzelał.

Rozmowy kontrolowane

Wczoraj w okolicach 22.00 dzwoni telefon.
- Pani Aniu, profesor Ożóg z tej strony. Sprawdziłem pani projekt i musi pani...
Tu nastąpił ciąg uwag na temat: metody badawczej ("Koniecznie proszę uwzględnić metody źródłoznawcze i filiację kronik!"), tytułu pracy ("Bo jedno słowo jest nie tak"), nomenklatury ("Dla jasności niech pani jednak używa określenia Gall Anonim") itd.
Słuchałam nieco nieprzytomna, ale poprawiłam, jak kazał, bo "Na jutro muszę pani napisać tę opinię".
Luby patrzył na mnie ciężko, bo podejrzewa mnie o ukryty romans z moim promotorem. Głuptas.

Anegdotki made by Balice

Lotnisko w Balicach generuje wiele sytuacji wartych utrwalenia. Większość z nich przynosi do domu Luby, ale dziś usłyszałam dwie od koleżanki w pracy. Może niekoniecznie dotyczą Balic "in personam", ale na pewno spraw okołolotniskowych.

Anegdotka I - w samolocie znanej i lubianej linii lotniczej (załoga anglojęzyczna):
Pasażer: Przepraszam bardzo, gdzie aktualnie jesteśmy?
Stewardessa (z szerokim uśmiechem właściwym stewardessom): W Brukseli, w Niemczech.
Chwila konsternacji.
Steward (szeptem): Bruksela jest w Belgii.
Stewardessa (wciąż się uśmiechając): Tak, w Belgii.

Anegdotka II - w autobusie krakowskiej linii miejskiej:
Pasażer, nie Polak, stoi i oślim wzrokiem wpatruje się w automat sprzedający bilety, zastanawiając się, czy wybrać: "ulgowe gminne", "ulgowe ustawowe", "normalne", "godzinne", "godzinne ulgowe", "rodzinne", "weekendowe" i jeszcze kilka innych. Kiedy w końcu zdecydował się (pewnie drogą losowania), podszedł do kierowcy, by zadać pytanie o trasę:
Pasażer: City center? City center?
Kierowca: Tak, tylko będzie pan musiał podejść kawałeczek.

Pozostawiam do osobistej refleksji.

Kotus

Nie mogłam spać dziś w nocy, a Kota na dodatek dostała kompletnego wścieku, tak że biegała w szale nawet na sam dźwięk swego imienia. Niemniej, gdy wrócił Luby, byłam już w stanie lekkiego otępienia umysłu. Chyba chciałam mu zrelacjonować pokrótce jej wariactwa, ale jak zwykle o tej porze, bredziłam nieco.
Rano Luby mnie pyta:
- Coś Ty w nocy wygadywała? O jakimś krinosie?
- A bo chodziło mi o to, że Kota wyglądała, jakby zaraz miała zmienić formę z lupusa w krinosa - wymamrotałam, nakładając pastę do zębów.
Luby przyjrzał się krytycznie stworkowi, który właśnie z zawzięciem gryzł sznureczek od mojej tiulowej haleczki.
- Ta. Lupusa. Chyba raczej kotusa.

Ciąża domniemana

Kupiłam sobie ogóreczki małosolne i zadowolona zaczęłam zagryzać przed komputerem. Luby spojrzał na mnie z niepokojem.
- Kochanie, co Ty jesz?
- Ogórki małosolne - odpowiedziałam z pełnymi ustami.
- A masz może ochotę na lody?
- Hmm... w sumie są w zamrażarce... - zaczęłam rozważać moje popołudniowe menu.
- Kochanie, chcesz mi o czymś powiedzieć? - Luby zaniepokoił się nie na żarty.
***********
Luby sięgnął łapką, złapał ogórka i pożarł.
- Nie lubię ogórków małosolnych - stwierdził, wycierając palce.
- To czego mi zabierasz!? - obruszyłam się, że mnie pozbawia obiadu.
- Bo chciałem się przekonać, że naprawdę ich nie lubię - mruknął i sięgnął po następnego.
- To czemu jesz, skoro nie lubisz?! - wkurzyłam się nie na żarty.
- Bo te są całkiem dobre.

Nie tą stroną

Kota wskoczyła na oparcie mojego fotela. Luby ją czule drapał, a ja przyłożyłam ucho do jej brzuszka.
- Ooo...jak mruczy...aż ucho boli - rozczulam się - Tylko dlaczego tą stroną? Myślałam, że ona mruczy gardziołkiem a nie dupą?
- Pewnie właśnie pierdzi - stwierdził Luby z cwaną miną.

Ad vocem

Do poniższego.
Fikus chyba po prostu zostanie "Benjaminem", bo minęły dwa dni, a nie padło żadne inne imię. Ani specjalnie, ani spontanicznie.
A, i dowiedziałam się, że powoduje przeczyszczenie.
Smacznego, Werbenko. A ja będę sprzątać.