Bolków 2000

Popołudnie i wieczór w towarzystwie serwisu "TyTubo". W końcu naszło nas (mnie) na oglądanie Mansona. Zdzierżyliśmy dwa dość lekkie jak na MM teledyski (wolę słuchać tego pana niż na niego patrzeć), ale na twarzy Lubego z każdą minutą narastał wyraz rozbawienia połączonego z "O, matko, co za kretyn". Pod koniec "Sweet Dreams" usłyszałam naraz:
- Jest taki emo-goth, że już bardziej się nie da. Dosłownie "Bolków 2000".

A na koniec obejrzałam "w nagrodę" Celebrity Death Match "Spice Girls vs. Hanson", gdzie MM na końcu ubija obie drużyny kawałkiem dekoracji.

Coś optymistycznego

Poniedziałek. Nowy tydzień w pracy. Wyjdę ze swej nory o metrażu 20 m2 i spotkam się z bliźnimi.
Remont jednego z głównych węzłów komunikacyjnych Krakowa. Korki. Tłok w tramwaju i autobusie. Opóźnienia. Muszę biegać po mieście albo korzystać z dobrodziejstwa przesiadek. MPK dba o moje zdrowie i poranny jogging, o który nie umiem się postarać sama.
Zanim skończą remont, zdążę się przeprowadzić na drugi koniec Krakowa. Ale przecież dzięki nowemu Rondu świat będzie piękniejszy, a ludzie szczęśliwsi.
Jest zimno i mgliście. A miało być słonecznie i cieplutko. Ale ile może świecić słońce? Deszcz jest potrzebny roślinkom, żeby szybciej rosły i nam, żebyśmy mogli się przekonać, dlaczego Bóg okazał miłosierdzie i nie uczynił nas Irlandczykami.

Szklanka jest zawsze do połowy pełna. Wystarczy dorobić pustej połowie podłoże quasi-ideologiczne.

Utrzymanka

Nienawidzę banków.
Już wszystko miałam załatwione, dograne. I co? Dzisiaj się dowiedziałam, że razem z Lubym jesteśmy na utrzymaniu rodziców. To nic, że oboje pracujemy. W opinii banku nasze umowy są nic niewarte. Równie dobrze moglibyśmy nic nie robić, oglądać całymi dniami telewizję i zajadać chipsy - dla naszych kredytodawców i tak nie miałoby to znaczenia.
Ostatnio każdego dnia przeżywam kolejne załamanie spowodowane kosztami kupna mieszkania. Nic, tylko sie upić albo walczyć dalej.
Nie chcę wyjeżdżać z kraju, ale czasami się tutaj naprawdę nie da żyć.

A jak jeszcze raz usłyszę o dziurze budżetowej...

Wyznania gejszy

I już po wszystkim. Dostałam firmową torbę, mapkę Krakowa i makatkę na stolik "Euro 2012 Kraków." Poza tym oczywiście porywające referaty, burza mózgów, potyczki intelektualne...
Tak, wiem, zapędziłam się.
Niemniej było ciekawie, przynajmniej w "mojej" części mojego panelu. No i Luby poszedł ze mną. Mimo że wrócił z pracy o pół do czwartej nad ranem i niemal spał w tramwaju. Kiedyś, gdy był w podobnym stanie, poszliśmy do kina na "Wyznania gejszy" i, ku memu niepomiernemu zdziwieniu, wyjątkowo się ożywił.
Dziś też spał na pierwszym referacie. I na początku mojego. Ale potem sie obudził, a po wszystkim poczynił wyznanie:
- Kochanie, Twoje wystąpienie było jak "Wyznania gejszy".

A ja miałam raczej nadzieje na wyznania historyka.

Przedzjazdowa melancholia

Pada.
W połączeniu z rzewną muzyką z "Amelii" i podczytywaniem w tramwaju "Chrystusa kosmicznego" ("Sekciarska książka" - jak to określił Luby. A nieprawda, tylko kolejna pozycja z bibliografii do magisterki) ten deszcz wprowadza mnie w melancholijno-refleksyjny nastrój.
Całe szczęście że, tonąc w odmętach własnego samouwielbienia, przypomniałam sobie, że dziś zaczyna się Zjazd Historyków. A jutro mam referat.
Chętnych zapraszam. Spotkania i pokazy filmów są otwarte, podobnie jak dyskusje. A jakby ktoś chciał mnie posłuchać, to uzewnętrzniam się jutro w panelu nazwanym , ekhem, "Średniowiecze II", planowo o godzinie 12.30.

XVI Ogólnopolski Zjazd Historyków Studentów

Moralnie dwuznaczne

Przedwczoraj rozmawialiśmy (to znaczy ja, Luby, Ona i On) przy zwyczajowym niedzielnym śniadanku na temat procederu, który można w uproszczeniu nazwać pisaniem pracy na zamówienie. Ogólna konkluzja była jednoznaczna - godzi to w nasz prywatny kodeks etyczny. Sądziłam, że temat sam się wyczerpał.
Jednak ku memu zdziwieniu dzień później dostałam propozycję napisania właśnie pracy na zamówienie. Tematyka jak najbardziej odpowiadająca moim zainteresowaniom. No i przecież by mi zapłacono! Po moim asertywnym "nie" nastąpił ciąg wyrzutów, na który byłam przygotowana. Bardziej mnie jednakże martwi inna kwestia. Adwersarz w rozmowie nie był w stanie zaakceptować mojego stanowiska i wykazywał kompletne niezrozumienie dla przytaczanych argumentów tak natury moralnej, jak i zdroworozsądkowej.
Na koniec usłyszałam "Ale ty jesteś koleżanka! Przecież to tylko praca zaliczeniowa, a nie magisterka!"

Od eseju się zacznie, na pracy magisterskiej się skończy. Potem się dziwimy, skąd w Polsce tacy "specjaliści".

Niezdecydowana

Dzwoni telefon.
- Kochanie, a co dziś będzie na obiad? - pyta Luby.
- Pieczarkowa albo...nie wiem, mam pieczarki, muszę je zutylizować - zastanawiam się - Można zrobić placki ziemniaczane z pieczarkami - wypaliłam, nie słysząc radosnego odzewu na wspomnienie o zupie - Jak wrócę, obiorę i zetrę ziemniaki.
- Dobrze, Kotku...
- Albo Ty obierzesz ziemniaki - wpadam mu w słowo - albo ja obiorę, a Ty zetrzesz - poszłam na kompromis, bo zrobiło mi się Go żal.

Naprawdę nie znoszę obierać ziemniaków. Ale ścierać jeszcze bardziej.